Lisico, oczywiście że wiem, że Digita-lisy to Twoje ukochane rośliny. Chciałabym móc Ci napisać, że je kolekcjonuję, mam trzydzieści odmian i każdą znam z imienia, ale tak naprawdę to historia jest o wiele bardziej prosta: trzy lata temu kupiłam dwie zdychające naparstnice w promocji. Białą i różową. Były już na pół przekwitnięte, ale wiedziałam o nich tyle, że się wysiewają, więc zakupiłam i posadziłam gdzieś z boku, żeby się wysiały, co też uczyniły. Siewki w następnym roku poprzenosiłam na rabaty i dałam wolną rękę. Teraz co roku mam ich kilkanaście, w tym młodziaki tylko z listkami. I to wszystko to dzieci tych dwóch pół-umarlaków. Nigdy ich nie wyrywam, a jeżeli któraś rośnie w miejscu nieodpowiednim, wtedy pieczołowicie przesadzam w inne, podlewam i życzę miłego życia. Lubię je, bo są wysokie, szczupłe i ładnie się komponują ze wszystkim, łącznie z różami
Dla Ciebie:
Alegorio, historię moich naparstnic opisałam wyżej w odpowiedzi do Lisicy. Oczywiście, że majstrowałam - pęsetką usuwałam każdy, pojedynczy włosek

Ja też lubię długie, szczupłe byliny, bo pięknie się komponują a nie zabierają dużo miejsca. Bardzo lubię więc mikołajki, liatry i cudne ostróżki, chociaż te ostatnie potrafią się rozrosnąć do tłustych krzaczorów. Taką byliną jest też mój ukochany dzwonek brzoskwiniolistny, z których alba, kupiony jako maleńka kępka, teraz się rozwala coraz bardziej na rabacie (to zdjęcie z dzisiejszego poranka)
a niebieski jest skromniejszej budowy, za to się chętnie rozsiewa:
No i dzisiaj rano przeleciałam się z aparatem po ogrodzie, nacykałam mnóstwo zdjęć i widzę, że jedne róże lepiej wytrzymują w konkursie na niekwitnienie inne gorzej. Zawodniczką jest niewątpliwie Jalitah. Ten pąk trwa w tej postaci od mniej więcej dwóch tygodni. I chyba już taki zostanie, aż zamarznie zimą i się potłucze na kawałeczki.
Myriam już niemal pokazała kwiat, ale udaje, że to wcale nie kwiat tylko Myszka Miki. No ja się prawie nabrałam...
Abraham już pęka:
podobnie Mrs John Laing
Comte de Chambord już poleciał, a mistrzynią drugiego planu (te pąki na bordowej gałązce) jest Baronesse
Alnwick Rose w pierwszym roku byłą wątłym krzaczkiem z kilkoma smętnie opuszczonymi kwiatami. W zeszłym roku kwitnienie nie powalało, ale kwiaty już utrzymywał ładnie w pionie. Ten rok zapowiada się dla tej róży całkiem dobrze, mimo spotkania z bruzdownicą.
A kwiat Alnwick Rose to dla mnie brat bliźniak tej pani:
Chandos jeszcze bierze na przetrzymanie, nie mogę się doczekać jej kwiatów
Podobnie jak Clair, która już w tej formie mnie zachwyca
Oczywiście udaje, że wcale nie kwitnie ukrywający się wśród liści Jacques Cartier
Moonstone, o którym byłam pewna, że nie przeżył zimy bo całe jego jestestwo stanowiły trzy czarne patyki, teraz wygląda tak:
czyli chyba będzie żył
Ghita Renaissance w moim ogrodzie co roku wywija mi numery. I to dotyczy obu starszych krzewów. Wczesną wiosną wygląda super, potem dopadają ją wszelkie nieszczęścia: przymrozki, bruzdownica, mszyce, gruźlica i atak kosmitów. Ale nauczyłam się nią nie martwić, bo po kilku tygodniach wyglądania jak ostatnie nieszczęście, ona pokazuje kto tu rządzi:
i potem już tylko króluje na rabacie.
A tak zapowiada się sezon dla Artemisa
I dla Pink Grootendorst
A dzisiaj byłam w szkólce u Kamili i kupiłam trzecią Garden of Roses, drugą Morden Blush (maleńki patyczek z listkami

) i różę zupełnie mi nieznaną, ale ostatnio bierze mnie na takie kolory - James Veitch. Ponoć bywa chorowity, ale tego dowiedziałam się po powrocie do domu. Dam mu szansę.