Ewa - myślę, że panna Ci się spodoba, jest naprawdę bardzo wdzięczna. Moja ma sporo pąków, ale przez te zimne noce wszystko zastygło w nicnieróbstwie
Miłka - u mnie jakoś podejrzanie uspokoiło się w kwestii mszyc. Niczym nie pryskałam, zbierałam z niektórych krzaków, ale bez specjalnego zaangażowania i chyba się obraziły za ten brak entuzjazmu w ich uśmiercaniu i sobie poszły do sąsiada. Ale może też to być cisza przed burzą i jak się zrobią ciepłe noce to i zielone wywłoki wrócą.
A ja niewiele zrobiłam przez ten tydzień, mimo że siedziałam w domu, bo mnie dopadło coroczne zapalenie gardła i trzeba było się oszczędzać. Różyce radzą sobie nieźle beze mnie, wiele z nich ma pączki. I ma. I dalej ma... Szyderczo demonstrują te swoje kulki i mówią, że już niedługo. No może jeszcze parę dni, albo tydzień....
Albo się zobaczy...
Jesienne malizny najwyraźniej przyzwyczaiły się do swojej niepozornej postaci i urosły... tak z pół centymetra. Zieloniutkie, wesołe liliputki... W tym tempie metrowe krzewy będę miała za kilkanaście lat
A przecież można. We czwartek miała u mnie miejsce scena, którą dobrze znacie. Wyglądało to dosłownie tak:

Moja radość jeszcze się powiększyła jak otworzyłam pudło z Floribundy. Bo to jest widok, dla nas, różanych wariatek, cudowny, prawda?
Sadzonki wypasione, z pąkami, śliczne. Przyszły Lavender Ice dla mojej przyjaciółki, Chandos Beauty, Voyage, Savoy Hotel i Jubilee Celebration.
Stoją na ustalonych miejscówkach w donicach i czekają aż będę się nadawała do ciężkiej pracy. Może jutro.
Ta grupka tulipanów nadal trwa i stroi się w poranną rosę
Takiego samego brokatu używa i czyściec
Rzęsy umalowała Eva. Uwielbiam ją. Mam dwa krzewy. W pierwszym sezonie urosły z małej gałązki do prawie metrowych krzaczków a ten zapowiada się równie solidnie.
