Shirall pisze:...tylko czy Ci starczy miejsca na parapetach?
Ale śmieszne...
Mam jakieś 7 metrów parapetu u siebie w Ośrodku. A że okna są dość wysoko (150 cm nad podłogą),
to myślę, że będą bezpieczne. Obawiam się jedynie o warunki dla nasion wysianych, bo to ekspozycja
południowo zachodnia - nie wiem, czy nie za dużo słońca i ciepła.
No tak,
Remi, co racja to racja
Znów taka wielka strata nie będzie
Kasia1972 pisze:Napisz proszę jak robisz wywar z majeranku, bo ja czasem zaparzam majeranek, tzn. łyżeczkę majeranku do szklanki i zalewam wrzątkiem, jak przestygnie, to piję. Córci też daję, nawet lubi. Ciekawa jestem jaki jest Twój wywar.
Kasiu, ja też cieszę się z nasion. Dobrze, że nie chwaliłam się tymi, które mam od wiosny, bo to
by spowodowało huraganowy śmiech, czego pewnie bym nie przeżyła

Będę dozować napięcie,
bo obawiam się o zdrowie psychiczne swoje i niektórych tu czytających

Pozamawiałam wiosną a
potem gdy nadeszły, miałam inne ważne zajęcia i tak zleciało lato aż wpadły mi w ręce przypadkiem w sierpniu
np. paulownia, bambus, kawa i wiele wiele innych... ale... o tem potem. I na kompromitację zawsze jest czas.
A z wywarem z majeranku jest tak, jak napisałam w poprzednim swoim poście. Nie stosowałam nigdy
samego wywaru, mieszam zawsze z jakimś sokiem, by był "zjadliwy". Miodzik, jakiś sok naturalny (zawsze
coś mam w zamrażarce, w zeszłym roku miałam sok z jagód), na pewno sok z cytryny, i to dużo, tego nigdy za wiele,
W necie znalazłam taką poradę:
"2 łyżeczki majeranku zalewamy wrzątkiem, odstawiamy na 10 min., następnie przecedzamy i pijemy -
działa oczyszczająco na drogi oddechowe, oczyszcza oskrzela, profilaktycznie polecany palaczom".
aagaaz pisze:No poszalałaś z tymi nasionkami

Też się nie mogę doczekać wiosny i pierwszych oznak zieleni i kolorków kwiatów
Eh,
Agnieszko, poszalałam. Niektórzy tak się narobili, że teraz odpoczywają na zasłużonych wakacjach
zimowych. A komu robota we znaki się nie dała, nie mogą doczekać się tyrania w ziemi.
To czego dzisiaj dokonałam, przebiło wszystkie inne dotychczasowe moje wyczyny
W Lidlu spotkałam znajomą babeczkę, mamę kolegi z grupy Marysieńki. Tak przejęłam się jej sytuacją,
że do auta szłyśmy gadając i umawiając się wymieniałyśmy się numerami telefonów. Dojechałam
wózkiem do samochodu, postawiłam go od strony pasażera i otworzyłam drzwi od kierowcy.
Wrzuciłam torebkę na siedzenie pasażera, chwilę pogadałyśmy jeszcze na odchodne i ...
pojechałam, zastanawiając się, jak mogłabym pomóc kobiecie. Dojechałam do domu (jakieś półtora
kilometra od sklepu), zaparkowałam, wysiadłam chcąc zabrać ze sobą zakupy
Patrzę i nie wierzę swoim oczom: nie ma żadnych zakupów

Szybki rekonesans w
myślach i aż usiadłam śmiejąc się sama do siebie! Cóż było robić: na powrót azymut: sklep.
Zajeżdżam, a tam wózek stoi obok innego samochodu i czeka sierotka z całą zawartością!
To mnie zaskoczył - byłam pewna, że będzie stać, owszem, ale pusty

Wróciłam do
sklepu, bo przez tego gadulca zapomniałam kilku innych produktów. Wróciłam do domu
usatysfakcjonowana uczciwością Polaków

Zakupy kosztowały zaledwie jakieś 18 złociszków, ale
i tego szkoda, gdy zamiast kaski widać dno
Do tej pory śmieję się z własnego gapiostwa. I jak tu dziwić się dziecku?
Miłej i spokojnej nocki
