Oki, jestem, kwiatki kupione. Inna mama ciasto piecze.
A rano wyobraźcie sobie stoję z tatą kolegi Stasia i rozmawiamy a jakaś pani krzyczy "uwaga, uwaga!". Okazalo się, że jedzie na nas samochód, tylem. A my jak kolki soli. Nawet się nie ruszyliśmy. Zamurowalo nas.

Cale szczęście kola byly jakoś tak skręcone, że samochód otarl się o mur i się na nim zatrzymal. My dalej stoimy i się na siebie patrzymy. W końcu mówię, że idę zobaczyć co się stalo, bo za kierownicą zero ruchu. Podchodzę a tam pusto.

Okazalo się, że spadl ręczny i samochód sam się stoczyl. Poczekaliśmy na wlaścicielkę. Biedna dziewczyna, dopiero co w listopadzie mąż jej zmarl. Stala i plakala, że pech ją nie opuszcza. Robert wsiadl za kierownicę i z tego muru wyprowadzil auto. Nie bylo tak źle, ale caly lewy blotnik do wymiany.
Tylko, że jakby się to autko na murze nie zatrzymalo, to stoczylo by się na nas, a my się ruszyć nie mogliśmy. Bezwlad jakiś. Cale szczęście, że tylko tak się skończylo.
