mag pisze:Wiola, w każdej chwili, ale sama go sobie wykopiesz

Hehehehehe, chciałabym to zobaczyć !!!
Historia mojego, była taka:
chodząc z psami w rózne zakamarki, trafiłam na nadrzeczny ogród,
w którym te wielkoludy rosły na skarpie.
Zadzwoniłam do furtki, ładnie dygnąłam, przedstawiałam się i spytałam młodego Pana,
czy mogłabym kupić korzonek tego " bambusika".
Pan uśmiechnąl się szczerze od ucha do ucha i powiedział :
"Nie.
Proszę sobie samej wykopać, tam za ogrodzeniem wyrzuciłem kiedyś kępę i stamtąd Pani sobie weżmie sadzonkę".
Podziękowałam i galopem poleciałam wyrwać kawalątek.
Hehehehehheee...wyrwać! ale głupia byłam.
W ręce zostało mi zielone i ani kawalątka korzenia.
Więc psy na smycz, cwałem do domu, reklamówka, scyzoryk, nie byle jaki bo szwajcar rodowity, rękawice ogrodowe bo ziemia wilgotna, a gruzu pełno na skarpie
i już na kleczkach, zziajana ( bo mi ktos ukradnie np.), próbuję wycinać ten korzonek.
4 blade!
Znów wycinam tylko nasadę łodygi.
Powrót do domu, po nóż wielki kuchenny, ostrzony laserowo - DUMĘ Krzysia.
Znów na klęczkach, ale teraz piłuję.
Piłuję, piłuje, piłuję..kurczę! juz 30 cm, ale dołu miskanta nie widać , za to słychać - trach!
i mam w dłoni nasadę noża.
A brzeszczot zaklinowany w żelaznej karpie tego cholerstwa.
Nie, nie zrezygnowałam, Kochane Forumki.
Wściekła wróciłam do domu i wzięłam tym razem siekierę Fiskarsa i sztychówkę.
I w 50-cio centymetrowym dole, w KOŃCU, odrąbałam 3 małe kawałki karpy.
A Pan stał na balkownie i zaśmiawał się do rozpuku, patrząc na czerwoną,
zziajaną babę utytłaną ziemią, która rąbie korzenie. Z pożądania. Wielkiego.
