Jak przycinam, to mam potem w koszyczku te przycięte kawałeczki. Wybieram miejsce i wtykam w ziemię w równiutkich rzędach, tworząc zagonek.
Wiosną pod folię wsadzałam z ukorzeniaczem, a latem na grządkę bez. Te spod folii dały jakieś 50% przyjęć, a co do tych z grządki, to wiosna pokaże, co z tego wyszło. Na razie śpią pod śniegiem.
Latem przysypywałam też te najbardziej zewnętrzne pędy przy większych krzaczkach, więc mam nadzieję, że będę mogla je poodcinać na wiosnę, ale robiłam to pierwszy raz, więc też nie mam pewności.
Podsumowując, rozmnażanie lawendy jest upierdliwe, ale tym bardziej satysfakcjonujące. To mówiłam ja, stuknięta ogrodniczka
