Witajcie po pracowitym, jabłkowym dniu.
Jak urządzałam tę małą rabatę z czterema różyczkami, to wykombinowałam, że jeżeli różyczki zawiodą, to astry jakoś to zrekompensują.

Teraz widzę, że im ta symbioza po prostu się spodobała i lubią swoje sąsiedztwo.
Dziękuję wszystkim za miłe słowa, to dodaje skrzydeł.
Dzisiaj dzień minął pod znakiem jabłek

Znowu było wielkie wywożenie na pole. Nie wiem ile taczek M wywiózł.
Jest też mały sąsiedzki sukces. Jednak z sąsiadek okazała się otwarta na moją propozycję. Chłopcy przy pomocy M zdjęli sporo jabłek, oczywiście na swoje potrzeby. Umierałam co prawda ze strachu, patrząc jak najlżejszy z nich wchodzi bardzo wysoko na drabinę, opartą o kruche konary. Satysfakcja ogromna i miła świadomość, że przynajmniej część jabłek się nie zmarnuje, tym bardziej, że są naprawdę smaczne.
Druga sąsiadka (ta od czwórki maluszków) zbyła mnie w mało elegancki sposób. Powiedziała coś w tym guście, że wszyscy się napraszają z jabłkami, a ona już przetwory zrobiła.
Trudno, więcej propozycji nie będzie. Reszta sąsiadów, to raczej panowie, którzy woleliby już jabłka po przetworzeniu, w płynie.
